Historia żółtej ciżemki
Znają ludzie Śliwinę, każdy jej z drogi schodzi. — A synka ponoś miała. — Miała i ma do tej pory. Pan Jezus sprawiedliwy za biednego Jaśka na własnym dziecku ją pokarał… cherlawe toto, ani jeszcze nie gada po ludzku, ino mamroce jakosi nieskładnie, ciężko wyrozumieć, czego chce. Musicie tutaj wysiąść, bo ja do tracza jadę, drzewa se wybrać na stodołę. — Bóg zapłać za przysługę. — Za mało, za mało — odpowiada gospodarz, skręcając w lewo ku lasowi. — Daleko jeszcze. — niecierpliwił się Wawrzuś. — Ino ta górka zasłania — odpowiedział Jasiek. — No to biegnijmy. Wypoczęliśmy na wozie, a ty się wleczesz jak ten ślimak. — Biegaj sam, kiedyś taki chybki; ja już nie mogę prędzej. Szli pod górę w milczeniu. — Jasiek… ta wieś… tam… czy to… — Juści, że Poręba. Idźże se do domu, a ja popytam się o wójta i z nim pierwej pogadam. Kiedy macosze niedola, to może bym ja od niej ojcowiznę wykupił. Wawrzuś nie słyszał już ani słowa… biegł ku wsi nieprzytomny z radości. Ach, co tam matusia teraz robi. Ani się domyśla, że jej synek stracony, już-już… za chwilę… za pół chwili do nóg jej upadnie.